Sentymenty w ciosach kamienia

 

Siedzę nieruchomo, z dłonią zastygłą w połowie drogi między stacyjką a drążkiem hamulca ręcznego. Przy akompaniamencie cichych pomruków silnika, obserwuję ścianę lasu, w którym – bez cienia przesady – powinienem znać już wszystkie ścieżki i drzewa, a dziki rozpoznawać po różnicach w ubarwieniu. Nie potrafię zliczyć, która to już wizyta. Tutaj stawiałem pierwsze kroki w świecie fotografii, tutaj zaczynałem przygodę z czymś, co dopiero kilka lat później okazało się nosić nazwę: „urbex”, nawet sylwestra zdarzyło mi się spędzić w miejscu, które skrywa ta gęstwina. To właśnie ono jest celem mojej (mam nadzieję, że ostatecznej) wizyty. Dokańczam ruch, przekręcam kluczyk; wraz z dźwiękami silnika milknie głos Anthony’ego Kiedis’a. Plecak nie waży dużo, mam w nim tylko najpotrzebniejsze rzeczy, dziś bowiem zamierzam podejść do tematu z metodyczną precyzją, bez miejsca na błędy.

Otwieram drzwi, dehermetyzując ramy auta. Symfonia przyrody ożywia te ośrodki słuchu, które upośledziło zbyt długie przebywanie wśród wielkomiejskiego zgiełku. Skłon, dwa przysiady, trzy sapnięcia, w drogę!

„Wpłynąłem na zielonej przestwór gęstwiny”, parafrazując dzieło kogoś, kogo przedstawiać nie trzeba.

 

Spacer, choć niewątpliwie przyjemny, na szczęście nie trwa długo. Wreszcie staję na szczycie najwyższego wzniesienia w tym borze, a oczom moim ukazuje się budowla, która, choć dobrze mi znana, za każdym razem zachwyca na nowo. Niewysoka, z podstawą wykonaną z dużych ciosów kamienia, przywodząca na myśl ruiny jakiejś azteckiej świątyni, ukrytej w głębi dżungli. To chyba jedyny punkt w całym lesie, pozbawiony szczelnego sklepienia koron drzew. Promienie słońca wpadają tu bez zbędnej dyskrecji, rozświetlając wszystko, co znajduje się w ich zasięgu. Kamienne ściany zdają się wręcz błyszczeć, kontrastując ze smolistą czernią wyzierającą przez arkady.

Obchodzę ruiny z lewej strony. Panujący tu cień zaspokaja moją irracjonalną potrzebę nie rzucania się w oczy. Ślady na ścieżce wskazują wyraźnie, że nie jest to żadna atrakcja dla wtajemniczonych; o tym miejscu wie prawdopodobnie co drugi mieszkaniec miasta. Ludzie przychodzą tu na niedzielny spacer z psem, zajeżdżają na odpoczynek podczas rowerowych wojaży, organizują sesje zdjęciowe w neogotyckim klimacie. Niestety, trafiają tu również ci, którzy (dla dobra ogółu) mogliby jednak zostać w domach.

 

 

Kamienne ściany dawno już straciły swą jednolitą barwę. Obecnie szpecą je liczne bohomazy, na wyrost tytułowane mianem „graffiti”. Bywając tu często, w miarę na bieżąco oglądam smutny obraz postępującej dewastacji czegoś, co mogłoby na powrót stać się jedną z największych atrakcji w regionie, jeśliby tylko znalazł się ktoś chętny i na tyle majętny, by tchnąć w te ruiny nowe życie. I nie ma w tym cienia przesady; ogrom detali urzeka, przedwojenne fotografie wprowadzają w nostalgię. To nie jest kolejna architektoniczna imitacja, wydmuszka ze spłaszczoną fakturą, która nieudolnie stara się udawać starszą, niż jest w rzeczywistości. Ta budowla jest inna. Samym nieporuszonym istnieniem zdaje się opowiadać więcej, niż jakiekolwiek archiwa. To ruina z duszą, bez dwóch zdań.

 

 

Szwendam się dłuższą chwilę wokół obrysu fundamentów. Przechodząc obok schodów prowadzących na taras, witam się z pomnikiem bezgłowej damy, która mogłaby pewnie opowiedzieć niejedną historię o wieży oraz odwiedzających ją ciekawskich, gdyby tylko… miała głowę. Jak ją straciła? Dla kogo? Po dziś dzień stanowi to dla mnie nie lada zagadkę. Kawałek dalej stoi samotnie ceglane, okrągłe „coś”. To „coś” ma zakratowane wejście, które prowadzi „gdzieś”. A gdzie? Największymi ekspertami, a przy tym dostawcami teorii, są tu dzieci. Słyszałem już wiele określeń, począwszy na „zejściu do kanałów”, poprzez „stację metra”, kończąc na „latarni morskiej, tylko takiej odwrotnej”. Warto tu zaznaczyć, że prowadzące pod ziemię schody mają spiralny kształt i tak naprawdę nie wiodą do żadnego z powyższych miejsc, lecz do niewielkiego systemu zalanych korytarzy, które podczas wojny służyły prawdopodobnie jako schron i droga ucieczki. Na sam widok zasypanych gruzem stopni atmosfera staje się wręcz klaustrofobiczna. Szczęście w nieszczęściu, że zostały wstawione nowe, dużo solidniejsze kraty – choćbym chciał, to tym razem nie mogę tam wejść.

Ale do środka wieży – owszem.

 

 

Są dwa sposoby, by dostać się do środka, lecz tylko jeden znajduje uzasadnienie w definicji słowa „cywilizowany”. Korzystam z tego właściwego, bo brak mi dziś ochoty na doskonalenie francuskiej sztuki pokonywania przeszkód. Wewnątrz panuje przyjemny półmrok; jest wystarczająco jasno, by oko mogło dostrzec i rozróżnić elementy architektury, a zarazem na tyle ciemno, by część detali umknęła pierwszemu spojrzeniu. Łukowe sklepienie, wykonane z identycznych ciosów kamienia co ściany, rozbudza zarówno poczucie estetyki, jak i podziw dla stuletniej konstrukcji, która zniosła wojnę, lata dewastacji i braku konkretnych prac konserwacyjnych, a mimo to nadal stoi i względnie ma się dobrze. Fotogenicznych kadrów tu nie brakuje. Wiszący na szyi aparat nie zaznaje chwili spokoju, wprawiany w ciągły ruch. Od czasu do czasu ludzkie sylwetki przemykają na zewnątrz murów, spoglądając z zaciekawieniem na mój akt tworzenia.

Czyżbym stanowił jakąś osobliwość?

 

 

Pomieszczania są puste, ale nie w każdym sensie. Odnajduję wzrokiem kilka nakreślonych sprayem swastyk, zielony zombie zerka na mnie ukradkiem, na jednej ze ścian ktoś, kto podpisał się jako „cichy”, bynajmniej nie wyszedł na takiego w swej ekspresji. Tu i ówdzie ostały się resztki płytkowej mozaiki, która dawniej pokrywała podłogi. A za arkadami las, i nic więcej.

Klimatyczne miejsce, bez dwóch zdań.

Jak już wspominałem, na górze jest taras. I prowadzą na niego schody. I bynajmniej nie jedne. Wdrapuję się po tych, które dawno temu wyobraziłem sobie jako prostsze i mniej wymagające. Nie jestem wysoko, w porywach pięć metrów dzieli mnie od gruntu, ale spadek terenu sprawia, że między koronami drzew mogę dostrzec kanciaste kształty odległych bloków mieszkalnych, a ludzie spacerujący po prowadzącej na „parking” ścieżce wydają się śmiesznie malutcy.

 

 

Taras to w rzeczywistości niezabezpieczone piętro wieży, które na dzień dzisiejszy niekoniecznie przypomina o swoim dawnym przeznaczeniu. Nie ma barierek, pod nogami zalega piach, a ze środka tej nijakiej przestrzeni wyrasta ceglana, pięciokątna struktura, dawna podstawa właściwego segmentu wieży, który piął się na ponad czterdzieści metrów. Wewnątrz ziemia jest czarna; zauważam palenisko, kilka potłuczonych butelek, puste paczki papierosów. Nietrudno domyślić się, jakie jest nowe przeznaczenie tego miejsca. Na cegłach widnieje całe mnóstwo wydrapanych podpisów, głównie imiona, pseudonimy, daty. Czytam kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, potem tracę rachubę i przestaję. A przecież całkowitą liczbę osób, które odwiedzają tę ukrytą w lesie ciekawostkę, można by na ślepo pomnożyć przez tysiąc.

Nie. To po prostu nie mogło zachować swojej pierwotnej formy, nawet jako ruina. To by oznaczało, że jako społeczeństwo weszliśmy na wyższy, cywilizacyjny poziom.

A prędzej to miasto znów będzie niemieckie, niż tak się stanie.

 

KONIEC.

Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *