Spacer po opuszczonej fabryce dźwigów

Jest rzecz, która w eksploracji miejskiej fascynuje mnie wyjątkowo mocno, a imię jej samotność. To ona roznieca wewnętrzną sprzeczność, która pcha mnie do wychodzenia poza strefę komfortu. Bo widzicie… nie przepadam za zwiedzaniem w pojedynkę, lecz zarazem potrzebuję tego tak, jak osoba przebywająca długi czas pod wodą potrzebuje wreszcie wypłynąć na powierzchnię i zaczerpnąć oddechu. To jak zdolność kreowania fikcji, personalizowania wyblakłych fasad budynków po to, by wypatroszone trzewia wypełnił niemy szept, echo przeszłości słyszalne tylko wtedy, gdy człowiek jest sam, gdy nic nie zakłóca jego emocjonalnej symbiozy z odkrywanym miejscem. Swoiste starcie słabości i negatywnych emocji z dominującym introwertyzmem, którego owocem – paradoksalnie – jest rozszerzona percepcja i nie tyle umiejętność, co możliwość dostrzegania atrakcyjniejszych kompozycji. Tyle tytułem wstępu.

Cięcie.

 

Ogromne hale fabryczne w fazie rozbiórki, nieco-bardziej-aktywna-ochrona, robotnicy krzątający się po terenie.

Dziura w ogrodzeniu, nie bez przyczyny zlokalizowana pomiędzy starymi garażami.

Jak tam? Na co czekacie? Wątpliwości? Dajcie spokój, wchodzimy!

Charakterystyczna woń gruzu wymieszanego z azbestem atakuje nozdrza po przejściu zaledwie kilku kroków. Wzrok trafia na betonową ścianę dobre sto metrów dalej. Obszar dzielący mnie od celu to gigantyczny labirynt, z alejami wyznaczonymi przez hałdy budowlanych śmieci. Po lewej, w oddali, słychać warkot pracującej koparki. Okienko w budce ochroniarza jest uchylone i lekko zaparowane. Czy ktoś jest w środku? Nie sposób ocenić.

 

 

Idąc powoli, czasem na kuckach, co rusz zatrzymując się i nasłuchując, czy odgłos maszyny budowlanej nie przybliża się do mnie, niezauważenie przemykam przez rumowisko. Może to szczęście, a może kwestia wprawy – w obu przypadkach nie mogę zmarnować szansy na wejście do środka i zinfiltrowanie obiektu bez ciecia na karku. Tylko które drzwi wybrać? Jest ich co najmniej kilkanaście, występują na całej długości budynku, kuszą lekko uchylonymi skrzydłami i wyzierającą zza nich ciemnością. Nie ma czasu do namysłu, wybór pada na wejście skrajnie po lewej stronie.

 

 

Trafiam do czegoś w rodzaju przedsionka. Z sufitu szerokiej sali zwisają kable oraz panele po stłuczonych świetlówkach. Pod jedną ścianą ustawione są metalowe regały, ukryte za ruchomą kratą. Omiatam je wzrokiem przez kilka sekund. Drabinka linowa, maska spawalnicza, kilka kasków, zużyte filtry, butelka po piwie. Tylko śmieci i AŻ śmieci. Ciasne klitki biurowe po drugiej stronie nieszczególnie mnie interesują, zostaje więc pójść przed siebie i sprawdzić, co kryje się w głębi fabryki.

I wiecie co? Pierwszy raz jestem w tak ogromnej zamkniętej przestrzeni (opuszczonej oczywiście).

 

 

Choć na pierwszy rzut oka hala wydaje się pusta i maksymalnie zdewastowana, to jednak ostało się kilka smaczków, spośród których szczególnie jeden zwraca moją uwagę. Mowa o wraku białego auta, mniejsza o to jakiej marki, porzuconym w miejscu, które bynajmniej nie wygląda na parking ani nawet rampę załadunkową. Trudno powiedzieć, czy w ogóle wchodziło w skład floty pojazdów tej fabryki. Jest to wrak w pełnym tego słowa znaczeniu – kabina kierowcy została wypatroszona z absolutnie wszystkiego, co mogło nadawać się do sprzedaży lub do wykorzystania jako część zamienna, wszak samochód ten należy do popularnych. Sto procent powierzchni przedniej szyby pokrywają pęknięcia, a od strony pasażera wystaje z niej pusta butla po jakimś gazie, którą ktoś upuścił z wyższego piętra.

 

 

W głębi hali wzrok przykuwają m.in. szafy elektryczne, fragmenty szybów wentylacyjnych, rozrzucone w bezładzie szczątki narzędzi oraz maszyn. Co zaskakujące – nie ma tu zbyt wiele graffiti. Zupełnie, jakby niewiele osób wiedziało o tym miejscu lub niewielu było w stanie do niego wejść. Idąc przed siebie, mijam kolejne drzwi, które widziałem z zewnątrz. Przeczuwałem, że wszystkie mogą prowadzić do jednego miejsca.

Obiekt stoi w kolejce do rozbiórki, nic więc dziwnego, że zniknęły stąd wszystkie suwnice. Patrząc teraz na długie linie szyn w betonowej posadzce można wyobrazić sobie różne rzeczy, niekoniecznie mające wiele wspólnego z faktami.

 

 

Na ścianach, około pięć metrów nad ziemią, biegną (a raczej biegły) kładki techniczne. Widać wyraźnie, że uszkodzenia i ubytki nie pojawiły się w losowych miejscach. Dostęp do tarasów został celowo uniemożliwiony, najpewniej z myślą o przypadkowych osobach (takich jak ja), które mogłyby chcieć po nich łazić (dokładnie tak jak ja). I oczywiście złom, który swoją wartość ma!

 

 

Udaje mi się znaleźć wejście na klatkę schodową. Prowadzi mnie na „piętro”, czyli bardzo długi korytarz, wzdłuż którego ulokowanych jest bardzo dużo pomieszczeń. Niestety, w większości są to tylko puste salki, a jeśli któraś wyróżnia się pod tym względem, to za sprawą niezbyt aromatycznych resztek pochodzenia organicznego. Jedyną atrakcją są widoki z góry: na halę oraz na gruzowisko, które z tej perspektywy wygląda na znacznie większe. Z nutą żalu opuszczam drugi poziom. Na szczęście została druga, bliźniacza hala.

 

 

Ta jest nawet większa, w dodatku dwie ściany są niemal w całości przeszklone, co czyni wnętrze dużo lepiej oświetlonym i mniej przytłaczającym. Wydaje się również mniej zagracona; śmieci nie walają się chaotycznie po ziemi, zamiast tego tworzą uporządkowane sterty rozmieszczone w kilku punktach. Poza tym jest pusto.

Wzdłuż ściany ustawiono kilkanaście szaf. W każdej z nich jest około sześć szuflad. A co w środku? Setki, jeśli nie tysiące planów, rysunków, arkuszy kalek technicznych, segregatorów i regulaminów, prawie wszystko dotyczące budowy dźwigów. Osoba zainteresowana mogłaby spędzić godziny na wertowaniu tego – jakby nie patrzeć – archiwum.

Obok znajduję jeszcze telewizor, lodówkę, rower i świerszczyki. Obowiązkowe wyposażenie każdej hali fabrycznej, czyż nie?

 

 

Zwiedzanie tego obiektu, wbrew przewidywaniom, nie trwało szczególnie długo, a jego wnętrza, choć przytłaczały gabarytami, nie powaliły na kolana stanem technicznym i pamiątkami przeszłości. To dość smutne, zważywszy na fakt, że fabryka zakończyła działalność dopiero w 2010 roku. Pierwsza moja wizyta miała miejsce przeszło pięć lat później i już wtedy ostatnie dwie hale znajdowały się w opłakanym stanie. Gdy zajrzałem tam ponownie w ostatnich miesiącach, dosłownie nie było już czego oglądać.

„Spieszmy się zwiedzać ruiny, tak szybko pustoszeją”.

KONIEC.

Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *